Nie zamierzałem tego robić. Naprawdę. To wszystko przez Stefana. Stefan to taksówkarz, który wziął mój kurs na lotnisko o 4 nad ranem. Miałem lecieć do Rzymu, pierwsze wakacje z Martyną od dwóch lat. Walizki spakowane, paszporty w kieszeni, a tu Stefan jedzie objazdem, gada przez słuchawkę, wjeżdża w dziurę i bum – opona pęka. Stoi sobie na środku niczego, zero pomocy drogowej przed godziną. Rzym przepadł. Samolot odleciał beze mnie. Martyna nie odzywała się do mnie przez całą drogę powrotną autobusem.
Wróciłem do pustego mieszkania. Martyna pojechała do matki. Pomyślałem: no pięknie. Siedemset złotych za bilet w błoto. Wakacje, na które zbierałem pół roku, poszły się… no, wiecie. I wtedy zadzwoniła mama. Zawsze dzwoni w najgorszym momencie. „Synku, a co z tą kuchnią? Bo ta lodówka znowu szumi, a kuchenka iskrzy”. Mieszka sama od dziesięciu lat, odkąd tata odszedł. Nie narzeka, ale ja wiem, że kuchnia nadaje się do rozbiórki. Marzyła o nowej, białej, z wyspą. Niby nic wielkiego, ale dla niej – całe życie.
Nie spałem tej nocy. Przewracałem się i myślałem: jak tu dorobić? Nie mam drugiej pracy, zdolności kredytowej też nie. I wtedy w głowie pojawiła się myśl, która była tak głupia, że aż genialna. Kiedyś, dawno temu, grałem dla beki na jednej stronie. Nie pamiętałem już nazwy. Ale wpisałem w Google coś w rodzaju „szybkie wygrane online” i wyskoczyło mi kilka propozycji. Wybrałem tę, która wyglądała najbardziej znajomo. Okazało się, że to vavada pl. Kliknąłem.
Nie wiem, co mną kierowało. Desperacja? Złość na Stefana? Na pewno nie chęć hazardu, bo hazard kojarzy mi się z facetami w dresach pod monopolowym. Ale strona wyglądała inaczej – nowocześnie, spokojnie. Założyłem konto w minutę. Przez chwilę myślałem, że to jakiś przekręt, ale przeczytałem opinie (na szybko, po nocnemu). Ludzie pisali różnie. Jedni, że wygrali, inni, że stracili. Stwierdziłem, że sprawdzę sam.
Wpłaciłem dwie stówy. Tyle mogłem stracić bez bólu. Reszta oszczędności leżała na koncie oszczędnościowym i miała zostać na nowy telewizor. Włączyłem pierwszą grę z brzegu. Jakiś staroświecki automat z wiśniami i dzwonkami. Postawiłem 5 zł. Przegrałem. 10 zł – wygrałem 30. 15 zł – przegrałem. Nic ekscytującego, zwykła huśtawka nastrojów. Ale z czasem wciągnąłem się w rytm. To było dziwne – zapominałem o Stefanie, o Rzymie, o Martynie. Byłem tylko ja i te głupie symbole.
Po godzinie miałem na koncie 460 zł. Podjąłem decyzję, która w normalnym świecie brzmi idiotycznie – postawiłem wszystko. 460 zł na jedną rundę. Zrobiłem to z czystej frustracji. Ekran zamarł. Usłyszałem dźwięk, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałem – długi, przeciągły, jakby maszyna chciała powiedzieć „ooo kurwa”. Trafiłem pięć takich samych symboli. Mnożnik x20. Wygrana 9200 zł.
Siedziałem w ciemnym pokoju i gapiłem się na licznik. Przetarłem oczy. Wyszedłem na balkon, zapaliłem papierosa, choć nie palę od trzech lat. Wróciłem. Kwota dalej była na ekranie. W tym momencie dowiedziałem się, czym jest prawdziwy szok. Nie krzyczałem, nie skakałem. Po prostu w ciszy wypłaciłem 9000 zł. Resztę zostawiłem, żeby pograć, ale zaraz straciłem te 200 i zamknąłem stronę.
Przez cały następny tydzień chodziłem jak w transie. Zamówiłem kuchnię dla mamy przez internet – białą, z wyspą, taką jaką chciała. Nawet z montażem. Kosztowało 8400 zł. Resztę wydałem na kolację dla Martyny (przeprosiła mnie za tę awanturę) i nową walizkę. Mamie powiedziałem, że dostałem premię w pracy. Uwierzyła.
Kiedy przyjechała nowa kuchnia, mama płakała przez dwie godziny. Obdzwoniła wszystkie ciotki, sąsiadki, nawet listonosza. A ja stałem w kącie i myślałem o tej jednej głupiej nocy, gdy przez awarię taksówki, przez Stefana i przez vavada pl zmieniłem jej życie. Wiedziałem, że to nigdy więcej się nie powtórzy. I że nie powinienem próbować.
Minął miesiąc. Nie grałem ani razu. Kuchnia lśni, mama robi w niej pierogi, Martyna w końcu przestała dąsać się o Rzym. A ja co jakiś czas myślę o tym, jak cienka jest granica między desperacją a szczęściem. Przekroczyłem ją w jedną stronę i wygrałem. Mógłbym przekroczyć w drugą i stracić wszystko. Dlatego dzisiaj, kiedy ktoś mówi mi „wpadnij na vavada pl”, tylko się uśmiecham. Nie wracam. Bo mam już swoją wygraną. I nazywa się uśmiech mamy.
